O kolegach, wspólnej biedzie i jednym rowerze
Dziadek zawsze mówił, że wtedy przyjaźń nie polegała na gadaniu, tylko na tym, czy możesz na kogoś liczyć, jak ci się wóz w błocie zakopie. Miał dwóch takich najbliższych Staszka i Wiktora.
Opowiadał mi raz taką sytuację: „Katarzynko, mieliśmy wtedy jeden rower na trzech. To był przedwojenny grzmot, ciężki, z łysymi oponami, ale to był nasz jedyny skarb”.
Jeździli tym rowerem na zabawy do sąsiedniej wsi, oddalonej o 10 kilometrów. System był prosty: jeden jechał dwa kilometry przodem, zostawiał rower w krzakach i szedł dalej pieszo. Drugi dochodził do roweru, wsiadał, wyprzedzał pierwszego i znów go zostawiał. Trzeci robił to samo. Dzięki temu wszyscy odpoczywali po drodze i nikt nie musiał iść całego dystansu o własnych siłach.
Raz Staszek złapał gumę w połowie drogi. Nie mieli czym naprawić, a była noc. „Mogliśmy go zostawić i iść sami, bo dziewczyny czekały, a muzyka już grała. Ale żaden z nas o tym nawet nie pomyślał, Katarzynko”. Nieśli ten rower na zmianę na plecach przez las, żeby go nie zniszczyć do końca. Na zabawę dotarli spoceni i brudni, jakby prosto z pola wyszli, ale dotarli razem.
Zapytałam go kiedyś, co się z nimi stało. Dziadek westchnął tylko: „Życie nas rozrzuciło, Katarzynko. Jak się widzieliśmy po dwudziestu latach, to było tak, jakbyśmy ten rower wczoraj w tych krzakach zostawili. Bo prawdziwego kolegi nie szukasz wtedy, kiedy jest wesoło, tylko wtedy, kiedy masz pod górkę”.
Mówił, że dzisiaj ludzie mają po tysiąc znajomych w tym internecie, a on miał dwóch, ale takich, za których dałby sobie rękę uciąć. To była ta jego szkoła życia: lepiej mieć jednego porządnego człowieka obok, niż całą gromadę takich, co znikają, jak tylko zacznie padać deszcz.