Notatki z opowieści dziadka: Rok 1945 i powrót do domu
Dziadek opowiadał, że jego prawdziwa młodość skończyła się, gdy miał 19 lat. Nie było wtedy czasu na randki czy zastanawianie się, co chce robić w życiu. Wspominał, że zaraz po wojnie panował totalny chaos. Nie było transportu, nie było jedzenia, a on utknął kilkaset kilometrów od swojej wsi, mając przy sobie tylko stare buty i lnianą torbę.
Mówił mi: „Katarzynko, wtedy nie pytałem, czy dam radę. Po prostu szedłem”.
Szedł pieszo przez prawie trzy tygodnie. Spał w rowach albo w stogach siana, jeśli miał szczęście. Raz zatrzymał go patrol. Mieli broń i byli głodni, a głodny człowiek z karabinem to najgorsze, co można spotkać. Dziadek miał w torbie ostatni kawałek słoniny zawinięty w szmatkę. Serce waliło mu tak, że myślał, że mu pęknie żebra, ale wyciągnął tę słoninę i po prostu im ją dał. Bez słowa, bez błagania. Puscili go.
Później, jak już dotarł do domu, okazało się, że połowa gospodarstwa jest spalona, a ojciec choruje. Dziadek zamiast odpocząć, następnego dnia rano wziął łopatę i zaczął kopać w ziemi. Mówił, że to była jego najważniejsza lekcja: nie czekaj, aż ktoś ci pomoże, bo wszyscy dookoła mają tak samo ciężko jak ty.
Przez kolejne dwa lata pracował ponad siły. W dzień pomagał sąsiadom przy wyrębie lasu, żeby zarobić parę groszy, a w nocy przy świeczce łatał dach we własnym domu. Kiedy go pytałam, czy nie miał wtedy dość, zaśmiał się tylko i powiedział:
„Katarzynko, człowiek to twarda sztuka. Jak masz dla kogo żyć – dla matki, dla rodzeństwa, dla tej ziemi to zmęczenie czujesz dopiero, jak się położysz. A rano wstajesz i strach znika, bo praca go wygania”.
Dla niego młodość to nie były imprezy, tylko odciski na dłoniach i pilnowanie, żeby na stole był chleb. Ale to właśnie wtedy nauczył się tego, co mi teraz powtarza: że miłość to nie są tylko miłe słowa, ale przede wszystkim to, że rano wstajesz i robisz swoje, mimo że ci się nie chce albo się boisz.