Nasza historia: Adaś i ja

Poznaliśmy się jeszcze bardzo młodo – ja miałam wtedy 17 lat, a Adaś 22. Nasze spotkanie było zupełnie niespodziewane, a jednak z perspektywy czasu mam wrażenie, że tak właśnie miało być. Adaś pracował razem z kolegą w kopalnictwie. Jego kolega był na stróżówce i pewnego dnia powiedział do niego: „Idź do Gruszki, tam są ładne dziewczyny, nie pożałujesz” i przyszli odwiedzić mnie i moją siostrę.

Właśnie tak się poznaliśmy. Adaś był spokojny i opanowany, ja również nie należałam do osób zbyt śmiałych. Ja wyjechałam niedługo później do Szczecina a Adaś pracował gdzie indziej jednak po niedługim czasie przyjechał do mnie. I tak, zupełnie niepostrzeżenie, minęły trzy lata. Trzy lata poznawania się, rozmów i wspólnych chwil. W tamtych czasach nie podejmowało się decyzji o ślubie pochopnie – trzeba było się dobrze poznać i upewnić, że to właściwa osoba na całe życie.

Po trzech latach rodzice Adasia przyszli do mojego domu na oficjalne zaręczyny. Pamiętam ten dzień bardzo dokładnie. Siedzieliśmy w pokoju, stół był nakryty białym obrusem. Atmosfera była uroczysta, choć skromna i rodzinna. Złoty pierścionek zaręczynowy otrzymałam od mojej mamy. Przechowywała go wcześniej z myślą o mnie i powiedziała, że ma mi przynieść zgodę i szczęście.

Następnie rozpoczęliśmy okres zapowiedzi przedślubnych, który trwał trzy miesiące. W każdą niedzielę ksiądz w kościele ogłaszał nasze nazwiska i pytał wiernych, czy ktoś nie zna przeszkód do zawarcia małżeństwa. Siedzieliśmy wtedy w ławce i słuchaliśmy tych słów z przejęciem. Byliśmy młodzi, a wszystko to wydawało się bardzo poważne i doniosłe.

Zgodnie z obowiązującymi wówczas przepisami najpierw wzięliśmy ślub cywilny, a dopiero później kościelny. Dla nas jednak najważniejsza była przysięga złożona przed Bogiem. Ślub kościelny odbył się w święta Bożego Narodzenia. Kościół był pięknie przystrojony choinkami, unosił się zapach żywicy, paliły się świece. Msza święta odbyła się w południe. Gości nie było bardzo wielu – około trzydziestu osób – ponieważ wesele organizowaliśmy w domu i zaprosiliśmy jedynie najbliższą rodzinę.

Przed wyjazdem do kościoła odbyło się tradycyjne błogosławieństwo. Najpierw do pokoju przyszli moi rodzice. Uklękliśmy przed nimi, a oni przeżegnali nas i modlili się o nasze szczęście. Mama nie kryła łez, tata również był bardzo wzruszony. Następnie pobłogosławili nas rodzice Adasia. Był to jeden z najbardziej poruszających momentów tego dnia.

Do kościoła pojechaliśmy niewielkim autobusem, którym razem z nami podróżowała rodzina.

Po ceremonii udaliśmy się do fotografa. Zakład fotograficzny nazywał się „Melko” i był dobrze znany w Gorlicach. Wykonaliśmy tam pamiątkowe, pozowane zdjęcia na tle szarego płótna. W tamtych czasach fotografie były bardzo oficjalne i ustawiane – zupełnie inne niż dzisiaj. Po sesji wróciliśmy do domu na wesele.

Przyjęcie odbywało się w domu. U wujenki (żona mojego stryja) w jednym z pokoi była podłoga, która nadawała się do tańca, dlatego tam bawili się goście. Obiad przygotowała kucharka. Podano rosół z makaronem, pieczone mięso ze świni, kapusta, szynki i sałatka jarzynowa, jedzenia było bardzo dużo. Były te beczki z piwem, Panowie sobie brali. Tort był wcześniej pokrojony i rozdawany przez kucharkę, aby każdy z gości otrzymał swoją porcję.

Na weselu grała wiejska orkiestra. Drużbą był kolega męża – śpiewał, przygrywał i prowadził zabawy. Było dużo tańców i tradycyjnych przyśpiewek. W domu panowała radosna atmosfera, słychać było śmiech i muzykę do późnej nocy.

Suknię ślubną szyła mi krawcowa ze stylonu. Była to suknia krótka, ponieważ nie podobały mi się długie modele, choć takie były wtedy najmodniejsze. Mój welon również był krótki i biały. Czułam się w tej sukni wyjątkowo, jak księżniczka, mimo że była skromna.

Około północy odbyły się oczepiny. Uklękłam na środku pokoju, a drużba śpiewał tradycyjne przyśpiewki. Następnie zdjęto mi welon i rzuciłam go w stronę niezamężnych dziewczyn. Ta, która go złapała, zgodnie z tradycją miała jako następna wyjść za mąż w kolejnym roku. Wszyscy z zainteresowaniem obserwowali, komu przypadnie ten zaszczyt.

Wesele zakończyło się około trzeciej nad ranem. Goście powoli rozchodzili się do domów – jedni pieszo, inni z podwózką. Zostaliśmy zmęczeni, ale bardzo szczęśliwi. Choć czasy były inne, a przyjęcie skromne, wspomnienia z tamtego dnia są dla mnie niezwykle cenne. Ślub, zapowiedzi, błogosławieństwo rodziców i wspólna zabawa przy muzyce – wszystko to do dziś pozostaje żywe w mojej pamięci.