Koniusza 58. Dom, którego nie ma, a który jest we mnie- Jacek Staski

Pojechałem do Koniuszy po kilkudziesięciu latach nieobecności. Chodziłem po miejscu, gdzie znajdował pierwszy dom mojego dzieciństwa. Dzisiaj go nie ma, na jego miejscu jest hala szkolna. Dom widzę na zdjęciach, ale to ledwie jego fragmenty, nie ma całości. Pierwsze 6-7 lat życia, najwcześniejsze lata życia.

W tym nieistniejącym drewnianym domu poznałem, czym jest hokej. Oglądałem tam mistrzostwa świata w hokeju na lodzie w 1976 r., gdy Polska pokonała Związek Radziecki. Na tacy w kształcie prostokąta próbowałem odgrywać hokejowe mecze. To tam pierwszy raz zobaczyłem w telewizji krakowską Wisłę, i niedowierzając, że to drużyna piłkarska z bliskiego Krakowa, wpatrywałem się w telewizor. Oczywiście czarnobiały, marki neptun. Nie pamiętam innych zdarzeń sportowych, ale za to pamiętam, jak w pobliżu domu uczyłem się zjeżdżać na nartach. Wyczucie jazdy na nartach zostało mi do tej pory, nawet, jeśli bardzo rzadko na nich jeżdżę.

W nieistniejącym domu zbierałem żołnierzyki. Miałem ich wielu, naprawdę wielu. Mam zdjęcie z dzieciństwa, gdzie pozuję jako dowódca oddziałów, które stoją na stole. To tam pierwszy raz jeździłem samochodem, takim, którym sterowało się przy pomocy kabla i malutkiej kierownicy. Nie pamiętam, czy samochodzik to był polski fiat czy enerdowski wartburg. Wartburgi zawsze mi się bardzo, bardzo podobały i właściwie do dzisiaj uważam, że jedne z najpiękniejszych samochodów świata.

Do enerdowskich zabawek mam wielki sentyment – pamiętam świetne, naprawdę świetne enerdowskie klocki, z których można było budować całe osiedla mieszkaniowe. Precyzyjnie zrobione, po złożeniu ich w bloki mieszkalne można było być pewnym, że się nie rozlecą. Klocki można w jakiejś mierze porównać do klocków lego, które poznałem dopiero wiele, wiele lat później. Enerdowskie były też lokomotywy i wagoniki kolejki typu TT, a także modele plastikowe samolotów i pojazdów kosmicznych. Zabawkowy enerdowski robot kuchenny był tak doskonały, że można było przygotować w nim proste napoje czy koktajle. Nawiasem mówiąc, rodzice mieli już wtedy enerdowski robot kuchenny, którym przygotowywali masę potraw, od koktajli po ciasta czy placki ziemniaczane.

Zabawek nie brakowało w domu – nie tylko dowodem jest pamięć moja, ale i zdjęcia i piękne kolorowe slajdy, które do dzisiaj zachowane pokazują zabawki w działaniu. To była wczesna epoka gierka i pamiętam pełne sklepy, także zabawki. Zestaw mała poczta to była wielka frajda – kartonowe okienko, telegramy, plastikowe pieniążki. Wspaniała zabawa.

Marzyłem o czołgu, ale kosztował 300 zł w domu towarowym w Proszowicach. Nie mogłem się doczekać, kiedy rodzice zbiorą pieniądze i kupią. Ale 300 zł to było za dużo na jedną zabawkę. Nieco później, już nie w starym domu, brat sklejał czołg radziecki T-72 albo T-68. Ale nie mogłem się bawić do woli, ponieważ był delikatny, z plastiku, a nie z blachy.

Uczyłem się czytać, chodząc jako 4-5 latek do szkoły. Mama i tata byli nauczycielami, szkoła była obok domu, ponieważ dom służył jako mieszkania służbowe nauczycieli. Siedziałem w klasie ze starszymi od siebie i razem z nimi uczyłem się czytać – pamiętam, że ze dwa – trzy razy zaczynałem zerówkę. Nawet raz siedziałem w kozie, zapomniałem bowiem, że wziąłem laurkę kolegi, którą miałem mu oddać.

Szkoła obok domu była miejscem, gdzie toczyło się także moje życie. Wspominam kino objazdowe. Samochód Nyska przyjeżdżał co kilka tygodni i w sali gimnastycznej pokazywali filmy w wymiarze kinowym. „Pierścień księżnej Anny”, „Winnetou”, „W pustyni i w puszczy”, „Jak rozpętałem II wojnę światową” oraz jedną, naprawdę śmieszną komedię radziecką, obejrzałem dzięki panom z objazdowego kina. Były i inne filmy. Nie pamiętam, na jaki western, ale tak bardzo chciałem go zobaczyć, że nie poszedłem na religię do salki katechetycznej. Babcia była zdruzgotana, podobnie pani katechetka, która chyba nawet płakała z tego powodu. Moja nieobecność na religii została ukarana – czekaliśmy na przyjazd kina, a wymarzona nyska nie przyjechała. Nie pamiętam, dlaczego. Chyba w 1977 r. pierwszy raz byłem w kinie, obejrzeliśmy w kinie Wrzos w Krakowie z tatą i starszym bratem „Najeźdźców z innej planety” oraz „Wielką podróż Bolka i Lolka”. Ta ostatnia to było wielkie przeżycie. Uwielbiałem ten film. Kino Wrzos dzisiaj nie istnieje, ale mieszkam 200-300 metrów od niego, dzisiaj jest tam Teatr KTO. Ilekroć przechodzę, pamiętam „Wielką Podróż”. Byłem też z mamą i tatą w Proszowicach w kinie Syrena, ale nie na filmie, ale na koncercie greckich artystów. Gitary buzuki. Uwielbiam.

Pierwsze książki, właściwie książeczki, to też ten stary dom. „Pimpuś Sadełko”, piękna książka, którą oglądałem w bibliotece szkolnej i czytałem potem w domu. Potem chciałem ją ciągle pożyczać, ale zawsze była wypożyczona. W starym domu leżał Płomyczek ze zdjęciami z filmu „Krzyżacy” z pocz. lat 60-tych. Płomyczek z Krzyżakami zrobił na mnie piorunujące wrażenie. Długo nie widziałem filmu, nie pamiętam dlaczego. Ale wiele lat później, kiedy z tatą wybraliśmy się na film do kina Wanda w Krakowie, seans się nie odbył. Nie pamiętam, kiedy pierwszy raz zobaczyłem film, ale kadry z filmu wyryły się w mojej pamięci na całe życie.

Była jeszcze jedna ważna książka w moim dziecięcym życiu tam, w starym, już nieistniejącym domu. Komiks „Tytus, Romek i A’tomek”, tomik westernowy, gdy Tytus a za nim jego przyjaciele, wskakują do westernu. Książka była dla mnie zjawiskowa, tak bardzo przeżywałem ten western z Tytusem, że chyba zacząłem wycinać postaci z książeczki.

Pamiętam też bajkę o złotym koguciku, bajkę chyba rosyjską. Tato znał wyśmienicie język rosyjski, nauczał go w szkole i czytał mi rosyjskojęzyczne bajki, tłumacząc od razu na polski. Książeczki z bajkami z d. ZSRR były bardzo kolorowe i ładnie wydane, ale ta o koguciku wręcz przepiękna. Nie pamiętam opowieści, oprócz tytułu i pięknych, kolorowych ilustracji.

Oczywiście od dzieciństwa była też telewizja. Pamiętam film o Odyseuszu, ale rodzice nie pozwolili go oglądać po 20.00. W niedzielę zawsze były w porze obiadowej bajki. Pamiętam „Bajki pana Perrault”. Biegając i bawiąc się „na polu”, często zapominałem o niedzielnych bajkach. Byłem zrozpaczony, kiedy się spóźniłem. Pytałem, czy skoro nie obejrzałem programu, to czy bajki dalej są jeszcze do obejrzenia w telewizorze. Kto by pomyślał, że 40-50 lat później powszechne będzie odtwarzanie programów tv o dowolnej porze. Jakże to rozleniwia…

Była i polityka wtedy – w telewizji pamiętam transmisje z VII Zjazdu PZPR i postać Gierka.

Dom był dosyć duży, było w nim kilka mieszkań. Nasze miało trzy pokoje, kuchnię, Nie było bieżącej wody na początku. Była sień, a w niej komórka. Obok naszego mieszkania był korytarzyk, drzwi oszklone kolorowymi szybkami. Za korytarzykiem było mieszkanie p. Paradowskiej. Pamiętam tylko sylwetkę w czepku starszej pani. Mama i tata wypowiadali się o niej z szacunkiem. Mój brat podobno sprawił jej kłopot. To chyba była atmosfera takiego dawnego, przedwojennego, ziemiańskiego domu. Ale niewiele pamiętam, próbuję sobie przypomnieć.

W domu w innym pokoju – chyba – mieszkał też pan Szuba. Tadeusz ? Szuba pochodził, jak mówiono – ze Lwowa. Nic mi to nie mówiło. Ale pan Szuba był bardzo elegancki, w kapeluszu. Moja chrzestna pochodziła ze Stanisławowa, ale też nie dowiedziałem się tego od razu, dopiero później. A w tym samym budynku mieszkała rodzina Andrzejczyków. Ela Andrzejczyk, w wieku moja starszego brata, bawiła się z nami ciągle. Kiedy zmarł jej dziadek, po raz pierwszy zobaczyłem martwą osobę – w trumnie dziadek Andrzejczyk. Nie wiem, co stało się z Elą i jej mamą Joanną. Nigdy po dzieciństwie nie spotkałem ich.

Były też inne rodziny, które pamiętam z tamtych czasów, Trafiałów, Płaszewskich, Choćbów, Szopów. Z nimi się bawiłem.

Do pierwszej klasy formalnie poszedłem w 1977 r. To było wielkie przeżycie, jestem już na szkolnych zdjęciach. Pamiętam pierwsze formalne lekcje czytania i pisania. Wszystko umiałem, ale mimo to… Elementarz, już nie Falskiego.

Był też kościół, piękny, barokowy. Proboszcz ks. Podsiedlik Stefan, potem znalazłem go w spisie Polaków, ratujących Żydów podczas okupacji. I ksiądz Stanisław Ziętek, przystojny wikary. Rodzice często odwiedzali go, a on rodziców. I katechetka p. Piechota, ta, która płakała, kiedy zamiast na religię, poszedłem czekać na western z objazdowego kina. Pani katechetka pokazała mi zdjęcie papieża Pawła VI, od tej pory wiedziałem, kim są papieże. A lekcje religii zaczynała od słów: w czasach, gdy Pan Jezus chodził po świecie. Byłem autentycznie poruszony, że Bóg mieszkał kiedyś na ziemi. Ale dlaczego tak dawno i w tak dalekim kraju? Uwielbiałem na Boże Narodzenie film (nieruchome obrazki) o historii narodzenia. Wspaniały. Na Boże Narodzenie i Wielkanoc w telewizji były wspaniałe bajki Disneya. Znaliśmy je w Polsce, potem dowiedziałem się, że dzieci radzieckie nie znały Kaczora Donalda i Myszki Miki aż do czasów Gorbaczowa.

W starym domu pierwszy raz zobaczyłem motor taty typu WSK. Podobno takie można kupić ponownie. Może kiedyś to zrobię.

Dom, którego nie ma, stał w Koniuszy, nr 58. Powiat Proszowice. Tato Jan, Mama Irena, Brat Wiesław. Działo się w latach 1970-1977.