Andrzej Sikorowski o „szarym” Krakowie lat studenckich

Dla Andrzeja Sikorowskiego Kraków lat 60. nie był miastem z pocztówek, jakie znamy dzisiaj. W jego wspomnieniach jawi się on jako przestrzeń zdominowana przez wszechobecną, komunistyczną szarość i duszny pył opadający na miasto z kominów pobliskiej Nowej Huty. Jako rodowity krakowianin, dorastający w cieniu Wawelu, nie postrzegał jednak tej rzeczywistości w kategoriach dramatu czy opresji – dla młodego chłopaka była to po prostu jedyna znana mu normalność. Swoją relację z miastem tamtego okresu Sikorowski trafnie porównuje do egzystencji ryby żyjącej w rzece: tak jak ryba nie analizuje składu wody i nie zastanawia się nad nurtem, który ją niesie, tak on traktował brudne elewacje kamienic i ideologiczny bezład jako coś oczywistego i przezroczystego.

W tym mononotonnym, odgórnie sterowanym świecie, poczucie tożsamości budowało się na drobnych gestach i symbolach. Jednym z nielicznych, a zarazem najbardziej namacalnych dowodów na bycie kimś „wyróżnionym” w społeczeństwie, była legitymacja studencka. W tamtych realiach ten niepozorny dokument stanowił swoistą przepustkę do lepszego świata. Choć miasto było ponure, legitymacja dawała konkretny przywilej: możliwość taniego podróżowania skrzypiącymi tramwajami, co dla studenta było synonimem wolności i mobilności. Był to jeden z niewielu dowodów na to, że system dostrzega w młodym człowieku kogoś więcej niż tylko trybik w maszynie, oferując mu symboliczny bonus za przynależność do akademickiej wspólnoty.

Mimo że zewnętrzna warstwa Krakowa była odpychająca i typowo systemowa, to właśnie w tej „mętnej wodzie” Sikorowski zaczął budować swój wewnętrzny świat. To poczucie oczywistości otoczenia pozwoliło mu skupić się na tym, co działo się w piwnicach, klubach studenckich i prywatnych mieszkaniach, gdzie szarość ulic nie miała już wstępu, a jedynym ważnym dokumentem, poza legitymacją, była wrażliwość na słowo i dźwięk.